Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włosy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 czerwca 2014

Czego nie kocham, czego nie lubię - Yves Rocher - volume.

Witajcie kochane. :)
Niestety znowu upłynęło strasznie dużo czasu od ostatniego posta. Nie wiem jak to się dzieje, ale mam wrażenie, że w jakiś magiczny sposób zaginam czasoprzestrzeń, żyję sobie normalnie, a czas leci jak oszalały. Przepraszam Was za to bardzo, nie wiem jednak kiedy nadejdzie jakakolwiek poprawa. Teraz końcówka roku i zaczynają się imprezy, a i jakąś pracę na wakacje wypadałoby znaleźć, a i gdzieś wyjechać, a i pozałatwiać to i owo, same rozumiecie. :( Staram się jednak zaglądać na Wasze blogi i być chociaż odrobinkę "na bieżąco" i zrobię wszystko by tak pozostało. :)

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją pewnego szamponowego bubla (a szczerze się tego po nim nie spodziewałam!). Mowa o szamponie firmy Yves Rocher - Volume. 



Jakiś czas temu miałam okazję recenzować jego brata, przeznaczonego do włosów farbowanych, którego szczerze mówiąc wychwalałam pod niebiosa. Był to szampon, który jak najbardziej się u mnie sprawdził, a więc po niezbyt udanej przygodzie z osobnikiem powyżej ze spuszczoną głową wróciłam do poprzednika. Jeśli ktoś jest zainteresowany tym, co o nim sądzę to odsyłam do recenzji. :) 

Na wersję volume skusiłam się tak naprawdę "z polecenia". Kilka osób go chwaliło, a skoro tamten był tak świetny to niby dlaczego teraz miałoby być inaczej? Poza tym wyczytałam kiedyś na blogu Anwen, że u niej się sprawdził, więc już po prostu nie potrafiłam odmówić sobie wątpliwej przyjemności testowania tego produktu i.. kupiłam!

OPAKOWANIE :
Szampon znajduje się w zielonej, bardzo przyjaznej dla oka buteleczce o pojemności 300ml. Opakowanie bardzo poręczne, łatwo się otwiera i zamyka, ładne leży w dłoni, a i na łazienkowej półce prezentuje się całkiem przyzwoicie. Gdy spojrzymy pod światło to spokojnie dojrzymy, ile nam go tam jeszcze pozostało. :)

KONSYSTENCJA/ZAPACH :
Szampon jest bezbarwny, o takiej nieco żelowej konsystencji w przeciwieństwie do wersji dla włosów farbowanych, tamten bowiem był nieco gęstszy o perłowym kolorku. Zapach niestety nie podbił mojego serca. :( Jakiś taki mało przyjemny, nie kojarzy mi się zbyt dobrze chociaż oczywiście też nie śmierdzi. Jest to kwestia zupełnie indywidualna. 

DZIAŁANIE :
Posiada on wyciąg z Malwy dzięki, któremu rzekomo ma nadawać włosom objętości - oczywiście nic takiego się nie dzieje, więc jeśli na to liczyłyście to niestety muszę Was boleśnie pozbawić złudzeń. Początkowo w ogóle nie mogłam się z nim dogadać, jakoś tak obciążał moje włosy, były suche i tępe w dotyku, takie wręcz sztywne. Po jakichś dwóch tygodniach użytkowania nieco się przyzwyczaiły jednakże chyba ani razu w trakcie jego stosowania nie byłam stuprocentowo zadowolona. Ciągle gdzieś tam w mojej pamięci pozostawał jego poprzednik, który naprawdę okazał się być o wiele lepszym. Włosy domywał średnio dobrze, sporo musiałam go zużyć, dzięki czemu był niewydajny. Taki po prostu "zwykły szampon".  Bez szaleństw, bez zachwytów, z rozczarowaniem. :(

Dostaniemy go oczywiście w salonach firmowych Yves Rocher. Jego cena oscyluje w granicach 10-12 zł. Szczerze powiedziawszy ja czuję się troszkę oszukana. Liczyłam na znacznie więcej. W sklepach można znaleźć jeszcze kilka innych wersji tych szamponów. Może kiedyś się skuszę, ale aktualnie powróciłam do wersji dla włosów farbowanych (chociaż ich nie farbuję) i jestem bardzo zadowolona. Trzeba się w końcu nauczyć, że to, co sprawdza się u innych nie sprawdza się nigdy u mnie. :(

A jak tam Wasze doświadczenia z tymi szamponami? Miałyście? Lubicie?

Miłego dnia Wam życzę. :)

Lenkaa.

niedziela, 25 maja 2014

Niedziela dla włosów (4) zachciało się babie zmian..Ombre.

Cześć kochane. ;)
Na wstępie chciałam przeprosić za swoją nieobecność, ostatnio sporo się dzieje i jakoś tak każdy dzień umyka mi niemal niezauważalnie. Na dodatek dopadła mnie wirusówka i temperatura 39 nie sprzyja racjonalnemu myśleniu. ;) Dzisiaj trochę inna "niedziela dla włosów" niż zawsze..   postanowiłam "pochwalić" się czymś za co zapewne należy mi się porządne zlinczowanie. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad podniesieniem porowatości moich włosów, mówiąc najprościej, chciałam je troszkę podniszczyć. Męczyło mnie to, iż nie dogadywały się z żadną odżywką do włosów, wiecznie były przyklapnięte, ciężkie.. łatwo się przetłuszczały. Nie chciałam ich za bardzo farbować w całości, bowiem było mi szkoda odrostów, które osiągnęły już przyzwoitą długość. Zastanawiałam się nad refleksami i trafiło jednak na coś ala ombre. :D

Tak wiem, mądre to to nie było i widzę to przeglądając zdjęcia, ale nie żałuję. Włosy co prawda potrzebują wzmożonej opieki, ale ja aż marzę by móc się nimi na nowo zająć! :) W końcu będę mogła olejować, proteinować itd bez obaw! :) Poza tym nadchodzi lato i jak każda kobieta łaknęłam jakiejś fajnej zmiany.. Efekt bezpośredni, zrobiony późnym wieczorem przy beznadziejnym świetle prezentuje się tak :

Troszkę słabo widoczny, a więc dzisiaj pstryknęłam drugie zdjęcie :



Włoski nie prezentują się może tak świetnie jak wcześniej, ale dla mnie to jak powiew wiosny bowiem z ostatecznych rezultatów jestem szczerze zadowolona. Drugie zdjęcie zostało zrobione po drugim (od rozjaśniania) myciu. Kłaczki nie są jakieś wybitnie suche, szczerze myślałam, że będzie gorzej. ;) Kilka sesji intensywnej pielęgnacji i myślę, że dadzą radę. :D Jak mi się znudzi to zetnę to, co rozjaśniłam, tak najwyżej. :D

A co Wy myślicie o takich zmianach na wiosnę? Jakieś szalone plany? :)

Buziaki!

Lenka. :)

poniedziałek, 19 maja 2014

Niedziela dla włosów (3) Olej kokosowy w akcji.

Witajcie kochane. ;)
Niedziela dla włosów w poniedziałek.. nie brzmi to zbyt dobrze, ale podobno lepiej późno niż wcale. Jak wiecie, u mnie dosyć słabo z systematycznością w tym temacie, więc jestem z siebie szalenie dumna, iż tym razem się udało. :) Po ostatnim strasznym niewypale z eksperymentami (słynne kakao i jajko) postanowiłam powrócić do klasyki i ukochanego oleju kokosowego. ;) Jest to jeden z produktów, który moim kłaczą odpowiada praktycznie zawsze, więc nie muszę obawiać się o ewentualnie nieprzyjemne niespodzianki. :)

Co dokładnie zrobiłam?
Wczoraj wieczorem spryskałam włosy zwykłą wodą i nałożyłam na nie odżywkę z Isany (intensywnie pielęgnującą) z dodatkiem kilku kropel mleczka pszczelego w glicerynie. (zsk). Następnie zaatakowałam porcją delikatnie podgrzanego oleju kokosowego (około 1.5 łyżki stołowej) Parachute (Klik.). Włosy związałam w koczek i poszłam spać. Rano przeczesałam wciąż mokre kosmyki i wtarłam w nie odrobinkę Garniera A&K (szczególnie w końcówki), po kilku godzinach zmyłam wszystko szamponem YR volume . Po myciu na włosach wylądowała odżywka z Balei - figowa. Gdy i jej się pozbyłam w końcówki wtarłam serum wspomagająco-regenerujące z Joanny + kilka kropelek oleju sojowego. 

Włosy zostały wysuszone letnim nawiewem (brak czasu), na koniec letni zmieniłam na chłodniejszy.

Efekty?
Zadowalające. :)) Włosy były miękkie i gładkie, nie miałam problemu z rozczesaniem. W końcu od dawna mogłam poczuć tę ich delikatność. Ręka wręcz sunęła po nich niczym po tafli. Mam wrażenie, że w końcu dostały to, czego od dawna potrzebowały. Chciałabym by były takie za każdym razem.  Przekonałam się po raz kolejny, iż olejek kokosowy to dobry wybór dla posiadaczek włosów takich jak moje, a więc prostych i raczej niskoporwatych. ;)

Efektów bezpośrednich nie jestem Wam w stanie zaprezentować, bowiem nie miałam czasu rano pstryknąć fotki. Zrobiłam to dopiero dzisiaj po powrocie do domu. Cały dzień rozpuszczone, nieco wygniecione, ale co tam. ;) Przy okazji możecie podziwiać moje piękne odrosty.. :D tak, wiem, jest się czym chwalić. :D


Jak widzicie włoski się lekko pofalowały, a końcówki nieco odkształciły, ale jakoś mnie to nie załamuje. ;) Na prawym zdjęciu cudnie widać to przejcie naturalne - farbowane. Żebym tak jeszcze miała siłę by wytrwać na tym detoksie farbowym. ;)



Nawet się troszkę błyszczą, co im się rzadko zdarza. ;)

Przepraszam Was za ten wielki chaos w wpisie, ale czyniłam go na szybko, mega zmęczona i jeszcze bardziej głodna. ;) Cały dzień poza domem, ale w końcu piękna pogoda!
A jak tam Wasze niedziele dla włosów? Co stosowaliście? Zostawicie linki pod wpisem to na pewno zajrzę, jestem ciekawa Waszych eksperymentów! :))

Lenka.

sobota, 17 maja 2014

Znane mi wcierki do włosów..

Witajcie kochane. :)
Dzisiaj postanowiłam napisać post zbiorczy dotyczący wcierek do włosów z którymi miałam styczność w trakcie swojej małej przygody z dbaniem o włosy. Dla jednych jest to punkt konieczny w pielęgnacji dla innych niepotrzebny dodatek. Muszę przyznać, iż początkowo sama podchodziłam do tych produktów dosyć niepewnie, a to dlatego, że jak i pewnie wiele z Was borykam się z problemem nadmiernego przetłuszczania się skóry głowy. Po prostu byłam przekonana, iż dodatkowe wcieranie czegokolwiek w skalp tylko pobudzi produkcję łoju. Mój punkt widzenia zmienił się w momencie, kiedy odnotowałam nadmierne wypadanie włosów. Tak naprawdę do dziś dnia nie wiem, co było bezpośrednią przyczyną takiego stanu rzeczy, jednakże widząc, iż dotychczas stosowanie produkty przegrywają w bitwie musiałam sięgnąć po coś "ekstra" by nie przegrać wojny.

Na pierwszy ogień poszedł produkt znany już chyba wszystkim, zbierający same oklaski i róże. :

1. Jantar (Farmona) - odżywka do włosów i skóry głowy. (Nie polecam)

Pamiętam, że trafiłam na nią dosyć dawno temu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam do końca, gdzie można ją dorwać. Postanowiłam,więc zapytać w Super-pharm i co prawda dostałam ją, ale i solidnie przepłaciłam, kosztowała bowiem coś ponad 17 zł |(!) za buteleczkę. Cóż jednak czyni desperacja? Kupiłam! I nie rozumiem troszkę fenomenu. Po pierwsze za nic w świecie nie mogę jej używać po myciu włosów bądź w dni, kiedy ich nie myję wcale. Włosy po prostu stają się ciężkie i przetłuszczone. Przeżyłabym to może, ale wcierka podrażnia moją skórę głowy i w trakcie jej stosowania (a robię to teraz po raz drugi by móc ją wykończyć) niestety odnotowuję pojawienie się licznych podskórnych krostek i wzmożony świąd. Nieładnie i niedobrze. Osobiście spektakularnych efektów w działaniu też nie widzę. Wiem jednak, iż wielu osobom odpowiada, więc nie mogę jej skreślać w 100 %, jednakże osobiście nie polecam. Dzisiaj można już ją dorwać praktycznie wszędzie, więc przynajmniej dostępność się poprawiła. (np: DOZ, widziałam ostatnio nawet w dwóch normalnych, małych drogeriach).

2. Anna - odżywka pokrzywowa (Sama nie wiem). Recenzja.


O tym produkcie pisałam już na blogu, więc nie będę się powtarzała, po prostu odsyłam Was do recenzji. ;) Troszkę ciężko jest mi się do tej wcierki ustosunkować, bowiem była po prostu średnia. Nie zrobiła ani nic dobrego, ani nic złego. Nie przetłuszczała włosów. Jedyne, co mogę dodać (o czym napisała jedna z dziewczyn pod tamtym wpisem) produkt ten przeszedł sporą zmianę wizerunku. ;) i składu. Po lewej odżywka w starszej wersji (ja miałam taką w białej buteleczce, ale podobnej formie), po prawej nowość. ;) Do starego składu, a więc wody, wyciągu z pokrzywy i alkoholu dodano kwas salicylowy. Na pewno można ją dostać na Doz-ie sama tam zamawiałam.

3. Joanna, Rzepa, Kuracja wzmacniająca (Polecam)



Tą odżywkę kupiłam na jakiejś promocji w Super-pharm (-40% na wszystkie odżywki i maski do włosów), więc zapłaciłam za nią jakieś śmieszne pieniądze, coś ponad 5 zł. Baaardzo dobrze ją wspominam. Wiem, że zapach rzepy dla wielu nie jest zbyt przyjemny, ale mnie ani trochę nie przeszkadza. Wcierka jest na tyle lekka, iż spokojnie może być stosowana po umyciu na mokre włosy i wcale ich nie przetłuszcza. Mogę zdecydowanie powiedzieć, iż pomogła ograniczyć wypadanie włosów i je wzmocniła, nawet nieco przyspieszyła porost. Szczerze Wam ją polecam, szczególnie, że nie jest to jakiś straszny wydatek. ;) Na dodatek posiada cuudowną buteleczkę dzięki której aplikacja na skalp przestaje być koszmarem. ;)

4, Capitavit - Balsam do włosów. (polecam.)

To wcierka, którą stosowałam ostatnio. Trafiła w moje ręce przypadkiem i nawet całkiem nieźle nam się współpracowało. Gdyby jeszcze troszkę ładniej pachniała.. no niestety, zapach nie powala i co najgorsze potrafi utrzymać się na włosach. Niby jest ziołowy, ale dla mnie jakoś wybitnie uciążliwy. Butelka - tragedia. Nie wyobrażam sobie nakładania produktu na włosy i ciągłej walki z wielkim otworem i szklaną butlą, trzeba przelać i to koniecznie. Reszta już na plus. Nie przetłuszcza włosów, trochę je wzmacnia, nie podrażnia skalpu, może pomóc w walce z wypadaniem. ;) Ogólnie jestem na tak. ;))

To już wszystkie produkty, które miałam okazję testować bezpośrednio na sobie. ;) Na mojej osobistej liście numerem jeden pozostaje produkt Joanny, a więc kuracja rzepa. Chwilowo planuję zrobić sobie przerwę od stosowania jakichkolwiek wcierek, kończę tylko buteleczkę Jantaru trochę na siłę, bo nie chcę go wyrzucać. ;) Jeśli kiedyś będę chciała powrócić do sesji wcierkowej to pewnie sięgnę po Aloevit - płyn odżywczo-wzmacniający, jestem go bardzo ciekawa.

Czy wcierki są konieczne?
Moim zdaniem nie dla każdego. Jeśli zmagamy się z wypadaniem włosów, z typowymi problemami skóry głowy, łupieżem to odpowiednia wcierka faktycznie może okazać się zbawienna. Dzięki niej możemy także  w jakiś sposób przyspieszyć porost włosów. Powinniśmy jednak uważnie zwrócić uwagę na skład produktu, na obecność alkoholu czy konkretnych ekstraktów, bo niektóre dodatki pomimo zapewnień mogą więcej zaszkodzić niż pomóc (np : wysuszyć skalp, podrażnić. ) W mojej pielęgnacji nie jest to jednak najważniejszy produkt, a kolejne okazy testuję bardziej z ciekawości niż konieczności.

A jakie jest Wasze zdanie odnośnie wcierek? Jakie stosujecie? Znacie któryś z tych produktów?

Pozdrawiam życząc troszkę słonka, bo leje i leje..

Lenka. :)

czwartek, 1 maja 2014

Zatkaj nos.. - Amla dabur na moich włosach.

Witajcie. :)
Mamy długi weekend, więc trzeba z niego solidnie skorzystać, wpadłam tutaj jednak na chwilę by pokazać Wam jak moje włosy reagują na sławną Amlę. Mam ją już od jakiegoś czasu, została zakupiona "na pół", a więc posiadam aktualnie około 100 ml produktu. Stosuję ją trochę "na raty", bowiem za nic nie mogę się przekonać do jej zapachu. Wiem już doskonale, iż to taki typowy indyjski, kadzidlany zapach jednakże nijak nie mogę sobie tego wbić do główki - czuję zupełnie coś innego i ani trochę nie jest to przyjemne. Pamiętam swoje pierwsze użycie, kiedy to ambitnie postanowiłam zastosować ją na całą noc. Tak, macie rację, zwariowałam, ale ona też nie zwaliła mnie z nóg. Załamana zapachem i średnim efektem schowałam ją do szafeczki. Wczoraj wieczorem bardzo chciałam nałożyć na włosy jakiś olej, ale nie miałam już na to siły i zrezygnowałam. Rano stwierdziłam, iż spróbuję z tą nieszczęsną Amlą i nałożę ją chociaż na te kilka godzin przed myciem. Tak też zrobiłam.


Nie zdecydowałam się jednak na nią samodzielnie. Ostatnio z zamiłowaniem sięgam po odżywki "pod olej". Tym razem była to Isana intensywnie pielęgnująca, która jakoś nie oczarowała mnie specjalnie w wersji "solo", więc muszę ją jakoś wykończyć inaczej. Spryskałam też włosy zwykłą wodą i później nałożyłam 1,5 łyżki Amli. Stworzyłam sobie na głowie taki zwykły koczek i chodziłam kilka godzin. Zmyłam ją szamponem z YR i zastosowałam odżywkę z Balei (figową). Później, już tradycyjnie sięgnęłam po olej sojowy i serum silikonowe na końcówki,

Jaki efekt zaobserwowałam?



Najbardziej przeszkadza mi to, że pomimo zastosowania intensywnie pachnącej odżywki zapach Amli ostro przebija. Włosy są stosunkowo miękkie, nie miałam najmniejszego problemu z rozczesaniem, ale też i nieco obciążone. Nie jest to jednak wina nieprawidłowego zmycia oleju, a raczej obecności parafiny, którą tolerują raczej średnio.To taki elekt "po jednym użyciu", może na dłuższą metę byłoby lepiej, ale nie wiem czy jestem w stanie przebrnąć przez taki maraton. ;) Wzmożonego blasku nie zauważyłam. Włosy nie są złe, ale na pewno niejednokrotnie wyglądają o wiele lepiej. Wystarczy spojrzeć na lekko strączkujące się końcówki, kłaczki są takie... ciężkie. Niefajnie. :( Znacznie lepiej dogadują się chociażby z olejem kokosowym. Postaram się jakoś zużyć posiadany olej, ale będę go stosowała raczej rzadko, nie o taki efekty mi chodzi, po prostu. :))

A Wy miałyście Amlę? Jak reagujecie na jej zapach? Czy to może po prostu moja przypadłość? Według mojej znajomej pachnie pięknie.. tak orientalnie.. no ja nie wiem kiedy. :D

Życzę Wam miłego odpoczynku i dużo słoneczka.

Pozdrawiam, Lenka. :))

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

To rzeczywiście (nie) konieczne? Chińskia wersja gumek Invisibobble.

Witajcie. :)
Ostatnio kilkukrotnie trafiałam na posty chwalące tzw. "gumki-kabelki". Nie jestem do końca zwolennikiem tego typu rewolucji gadżetowych, więc nie wiem, co musiałoby się stać bym zaopatrzyła się w oryginalne wersje gumek invisibobble jednakże pech (?) chciał, iż całkiem przypadkiem trafiłam na nie wczoraj.. Takie tam niewinne zakupy w Realu, a tam sklep tętniący chińskim życiem.. Tak przypadkiem spojrzałam.. i są! I same przyznajcie.. grzech byłoby nie spróbować, prawda? Kosztowały mnie 2 złote za sztukę, toż to nie majątek, jakoś przeżyję. No i kupiłam. Były dwie wersje. Pierwsza - tańsza (1 zł  za sztukę), gumki były mniejsze, takie naprawdę maleńkie, ale kolorowe.. już miałam wybrać właśnie te kiedy ujrzałam "wersję dla bogatych" czarne kabelki za 2ł! Cudeńka prezentują się właśnie tak :


Zarówno jedna jak i druga jest taka sama (tak, to zdjęcie kłamie!:D). W porównaniu do oryginałów nie jest źle, ale.. to naprawdę kabelki! W samym sklepie zastanawiałam się jakim cudem to się ma nie odgniatać skoro to twarde jakieś takie i niewygodne.. no ale cóż.. Chciałam i mam.



Przespałam w nich noc (w koczku, takim najzwyklejszym) i.. sama nie wiem. Może odgniecenia są rzeczywiście troszeczkę mniejsze natomiast przy samym zdejmowaniu wyszarpałam sobie kilka moich biednych kłaczków. Mam dziwne wrażenie, że to też wina moich włosów - raczej proste, gładkie, takie, że wszystko na nich "ślizga się i jeździ".:D Przy luźnym upięciu sprawdzają się bardzo fajnie, nie czuję ciągnięcia włosa nawet przy dosyć ciasnym kucyku, ale nie wydaje mi się by zastąpiły na stałe typowe miękkie gumeczki. Fajny gadżet, ale właśnie dla mnie tylko gadżet. Mogę mieć, ale nie muszę. Nie wydaje mi się też by oryginalne jakoś wybitnie się różniły, chyba tylko ceną. ;) Dziewczyny polecały korzystanie z nich przy olejowaniu i to może być faktycznie dobry patent. :)

Podsumowując.. jeśli traficie gdzieś to pewnie warto spróbować, bo wiem, że wiele osób sobie chwali. Ja nie będę za nimi płakać jeśli gdzieś zgubię. :D Dla mnie to po prostu przekombinowane kombinowanie.. ;))

Używałyście? Jakie są wasze wrażenia?

Buziaki.

Lenka. :)

niedziela, 20 kwietnia 2014

Niedziela dla włosów. (2) Wielkie halo z tym kakao..

Cześć kochani!
Jak tam święta? Pogoda w miarę dopisała, przynajmniej nie ma śniegu jak w zeszłym roku.  ;) Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym postem z serii "niedziela dla włosów". U mnie niestety nie jest to cykl regularny, bowiem po prostu czasowo nie jestem w stanie sobie na to pozwolić, a i też zawdzięczam to swemu wrodzonemu, ostatnio mocno nasilonemu lenistwu. :)

Tym razem postanowiłam sprawdzić jak na włosy działa słynne ostatnio kakao. Od jakiegoś czasu fundowałam swoim włosom mały detoks od intensywnej pielęgnacji, szczególnie od protein, których obecność w produktach jakoś nie była mile widziana. Trwało to dosyć długo więc tym razem postanowiłam uderzyć całkiem bogatą maską z dodatkiem kakao. ;)



Aby ją przygotować użyłam :
● 3/4 łyżeczki kakao.
● 1 łyżeczka oliwy z oliwek.
● 1 żółtko jajka.
● Niecała łyżka odżywki kokosowej z Balei.



Zmieszałam wszystko razem i oto, co otrzymałam :


Pierwszym, pozytywnym zaskoczeniem był zapach, którego trochę się obawiałam. Coś jak czekolada z płatkami kokosowymi, po prostu cudowna, słodka nuta, którą chciało się niemal zjeść. :) Musiałam się mocno podtrzymywać by tego nie zrobić. Jeśli chodzi o konsystencję to wyszło z tego coś na wzór ciągnącej się masy na ciasto, prawie jak ma murzynka. :D  Taką oto przygotowaną miksturę nałożyłam na lekko zwilżone wodą włosy. Zawinęłam w foliowy czepek, później w ręcznik i paradowałam w nim około 25 minut. Wszystko byłoby fajnie, niestety maskę mega źle nakładało się na suche włosy, po zwilżeniu było nieco lepiej jednak też nie idealnie.  Zmyłam ją tradycyjnie używając do tego dwóch produktów. W pierwszym myciu był to popularny już płyn Facelle, a w drugim szampon Yves Rocher nadający objętość. Ta czynność na szczęście, na przekór obawom nie okazała się aż taka trudna. Po wszystkim aby dopełnić rozpieszczanie zmysłów nałożyłam na włosy odrobinę odżywki, której użyłam do maski, a więc kokosowej Balei. Po ostatecznym zmyciu i przepłukaniu chłodną wodą w skórę głowy wtarłam resztki wcierki Capitavit. Na końcówkach wylądowało serum Joanny zmieszane z 3 kropelkami oleju sojowego (zrób sobie krem). Włosy wysuszyłam letnim nawiewem i cóż otrzymałam?

No niestety, nie do końca to, czego oczekiwałam. :) Włosy co prawda stały się bardzo miękkie i gładkie, ale też trochę napuszone. Ogólne zdjęcie włosów nie wygląda jeszcze tak źle :



Jednak kiedy przyjrzymy się końcówką to można się rozpłakać. :)


Są spuszone, wygięte we wszystkie możliwe strony i to zaraz po umyciu. Ogólna kondycja włosów jakoś się nie pogorszyła, tak jak pisałam wyżej, są miękkie i lekkie, na pewno nie obciążone, natomiast tak jak widzicie , no nie wyglądają najlepiej. Przekonałam się, że ta wersja maski nie jest dla mnie, może powinnam porzucić to żółtko, kiedyś spróbuję. :)) Za dobre chęci dostałam tysiące odstających włosów i bunt końcówek, nie ma co! :)) Jedyne, co mi pozostaje na pocieszenie to piękny, kokosowy zapach, który uwielbiam. :))

A jak tam wasze niedziele/soboty dla włosów?

Buziaki!

piątek, 28 marca 2014

Swiss O Par - Frottee Trockenshampoo (Suchy szampon w sprayu) - tak czy nie?

Witajcie kochani! ;)
Ostatnio posty pojawiają się z wielkim poślizgiem, ale spowodowane jest to mnóstwem obowiązków, które mnie dopadły, ogromem nauki i chyba troszkę czymś na wzór przesilenia wiosennego. ;) Dzisiaj post będzie krótki, ale konkretny. Chciałam napisać kilka słów o suchym szamponie Frottee. Pierwsze egzemplarze tego produktu, już jakieś dobre dwa lata temu przywoziła mi z ciocia, bowiem były dostępne za naszą zachodnią granicą. Wtedy też miałam ogromny problem z przetłuszczaniem się włosów, a więc taki mały gadżet był niejako wybawieniem. Obecnie można dostać je spokojnie w Rossmannie za zawrotną cenę prawie 17 zł, co wydaje mi się małą przesadą.


Szampon otrzymujemy w pojemności 200 ml, z niebieskiego opakowania uśmiecha się do nas blondwłosa pani chcąc nas chyba przekonać, iż po użyciu będziemy równie mocno uśmiechnięte. ;) Szampon pachnie tak trochę fryzjersko, dla mnie nie jest to ani zapach nieprzyjemny ani przyjemny, po prostu średni. To już moja któraś buteleczka tego produktu, więc możecie się domyślić, iż często do niego wracam jednakże tylko dlatego, że jest mi on przywożony. W innej sytuacji chyba jednak postawiłabym na chociażby nieco tańszy zamiennik. Co jeśli chodzi o działanie? Oczywiście należy spryskać włosy z odpowiedniej odległości, a następnie dobrze wyczesać. Tutaj faktycznie trzeba to sobie wziąć do serca, bowiem po spryskaniu moich ciemnych włosów stają się one wręcz siwe. Wszędzie jest pełno białych kuleczek i jednak muszę się trochę namęczyć by jakoś się ich pozbyć. Szampon rzeczywiście przedłuża świeżość włosów, ale zaledwie o kilka godzin, przy zastosowaniu rano na lekko już nieświeże włosy wieczorem stają się już one konkretnie tłuste. Ja i tak myję głowę co dwa dni, produktu używam zazwyczaj w ten drugi, aby poprawić wizualny wygląd włosów. Podsumowując.. nie jest to zły produkt, w chwilach krytycznych można po niego sięgnąć jednak wydaje mi się, że podobny efekt możemy uzyskać przy stosowaniu chociażby suchego szamponu z Isany czy słynnych już Batiste. ;)

A tak na koniec, od wczoraj do jutra w Hebe jest promocja na produkty firm :  GOSH, REVLON, MISSLYN, BELL - -40 %. Skusicie się? Bo ja mam upatrzonych kilka drobiazgów, po które zamierzam się dzisiaj wybrać. ;)

Życzę Wam miłego dnia i słonka, bo u mnie chociaż powinno się pojawić to się nie pojawiło i jest szaro i raczej chłodno.. ;<
                                                                                                             Buziaki!

piątek, 21 marca 2014

Co z tymi włosami?! - złośliwość włosów niskoporowatych.

Cześć kochani!
Dzisiaj post o  moich małych przemyśleniach odnośnie włosów o niskiej porowatości. Kiedyś natrafiłam na post o tym, iż dziewczyny, które są ich właścicielkami to wielkie szczęściary. Naprawdę? Ja się nią niestety wcale nie czuję. Kiedy zaczynałam swoją zabawę z bardziej świadomą pielęgnacją, moje włosy były średnioporowate i wtedy było nawet w porządku. Odpowiadało im większość olejów, mogłam bez jakichkolwiek obaw sięgnąć po maski nawilżające z proteinami, tak naprawdę większość produktów była "ok", a więc pielęgnacja nie należała do trudnych. Na dzień dzisiejszy wszystko to uległo gwałtownej zmianie. Wpis powstał po to bym mogła sobie troszkę ponarzekać, więc się zbytnio nie przejmujcie, ale chciałam też obalić panujący mit o tym, iż : niskoporowate włosy = idealne włosy.

Moje niskoporowate włosy są kapryśne, lubią się odkształcać we wszystkie strony, niezwykle łatwo je obciążyć, pod koniec dnia spotyka mnie przykry "przyklap", a porządne wysuszenie ich trwa niemalże godzinę. Czy tak rzeczywiście wygląda włosowy raj? Powiem Wam szczerze, iż jestem totalnie załamana. Większość produktów, które do niedawna były moimi pewnikami teraz strasznie mnie rozczarowuje, moje włosy tolerują tylko lekkie odżywki pozbawione silikonów. Mogłam się pożegnać z szamponami bez sls, dawały uczucie świeżości jedynie na kilka godzin, a czasem nawet wcale. Kiedyś mogłam używać wielofunkcyjnego, ukochanego Facelle bez wyrzutów sumienia, był tani, łatwo dostępny i ani trochę nie podrażniał. Obecnie bez mocniejszego szamponu ani rusz! ;( Co najgorsze.. moje włosy nie są ani szalenie długie, ani jakoś magicznie grube, wydają mi się normalne, a ciągle są przeciążone, boję się, co będzie dalej. Kiedyś zachwycałam się odżywką firmy Nivea do włosów długich, maskami biovaxa, odżywką Garniera A&K, a teraz.. muszę się przerzucać na lekkie odżywki Balei, oleje [oszczędnie], odżywki Joanny. O maskach mogę zapomnieć chociaż wiem doskonale, iż bez odpowiedniej dawki protein można zapomnieć o zdrowych i mocnych włosach. A suszenie? Chyba jeszcze większe piekło, bo pomimo tego, iż robię to przy użyciu letniego nawiewu to zanim się wysuszę to już jestem cała mokra, bowiem trwa to prawie 40 min. ;<

Naprawdę zaczynam powoli mieć dosyć swoich włosów, muszę na nowo poukładać swoją pielęgnację i wyeliminować niektóre [większość] produkty.. mam nadzieję, że mi się to uda i nie zrezygnuję przed osiągnięciem celu. Chociaż nie farbuję włosów już od kilku miesięcy to przez wyżej wymienione czynniki zaczynam zastanawiać się nad koloryzacją, to oczywiście podniosło by nieco ich porowatość.. zobaczymy jak to jeszcze wyjdzie. ;)) Pamiętacie, nie narzekajcie na swoje włosy, niezależnie od tego jakie są, każde mają jakieś mankamenty.. większe lub mniejsze. ;)
       
                                                                    Pozdrawiam!

poniedziałek, 10 marca 2014

Nowy ukochany - Yves Rocher - szampon idealny?

Witajcie kochane !!! :))
Niestety zdaję sobie sprawę z tego, iż ostatnie posty pojawiają się ze strasznym opóźnieniem, spowodowane jest to małymi "problemami w raju" z którymi muszę się jakoś uporać. Korzystając z wolnej chwili przychodzę do Was z recenzją szamponu do włosów o którym zapewne każda z Was już słyszała, mowa produkcie firmy Yves Rocher, który ma za zadanie chronić blask włosów farbowanych jak i same włosy. 



Najważniejsze, co mam do powiedzenia na temat tego szamponu to, to, że szczerze go uwielbiam, ale po kolei. :)

Producent mówi :
Formuła bez silikonu, aby chronić włosy nie obciążając ich.
Wyciąg z głogu z ekologicznych upraw ma właściwości antywolnorodnikowe (przeciwutleniajace), co zapewnia ochronę przeciw promieniom UV. Dzięki tym właściwościom kolor włosów jest lepiej chroniony.
Kolor jest chroniony od pierwszej aplikacji dla 89% * kobiet.

*test stosowania przeprowadzony na 45 ochotniczkach w ciągu 4 tygodni

● 96% składników pochodzenia naturalnego.
● Składniki pochodzenia roślinnego: głóg bio, baza myjąca pochodzenia roślinnego.
● Nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego.
● Bez silikonu, bez sztucznych barwników.
● Bez parabenów.

Opakowanie :
Produkt znajduje się w przyjemnej dla oka, zielonej buteleczce, o pojemności 300ml. Jest ona raczej solidna, otwieranie nie sprawia większych problemów, nawet jeśli robimy to mokrymi rękami, ogólnie jestem na tak.
Zapach :
Jest cudowny, nie do końca wiem jak go określić, ale jeden z moich ulubionych. W składzie szamponu znajduje się wyciąg z głogu, jednak nie wiem do końca czy to właśnie jego nutę zapachową wyczuwam.. tak czy inaczej chwilami otwieram buteleczkę tylko po to by powrócić do tej przyjemnej woni..
Skład :
 Jest to produkt pozbawiony silikonów, o czym informuje nas już sam napis na buteleczce jednakże w składzie znajdziemy SLS,  a wiem, że ma on sporo przeciwniczek. Osobiście w żaden sposób nie zaliczam tego faktu na minus. Jak już wiecie, jestem posiadaczką włosów dążących raczej do niskiej porowatości, a więc czasami po prostu trudno je domyć. Pomimo obecności SLS nie uważam szamponu za mocny, wręcz przeciwnie, dobrze myje, ale nie podrażnia. Mamy w pakiecie dobre oczyszczenie włosów bez ich przesuszenia, czego chcieć więcej? Dla tych bardziej zorientowanych załączam dokładny skład :



Działanie :
Przechodząc do meritum.. czy szampon rzeczywiście chroni kolor włosów farbowanych? Nie wiem. Moje ostatnie eksperymenty z farbą na włosach miały miejsce dobre 3 miesiące temu. Na dzień dzisiejszy jest to brąz, który ma wpadać w naturalny odcień, abym mogła zapobiec kolejnym sesjom koloryzującym. Oczywiście, kolor trochę się wypłukał, ale jego "jakość" wciąż mnie zadowala, tyle, że nie jestem do końca przekonana czy to zasługa właśnie tego małego cuda. ;) Ważny jest też chyba fakt, iż używam go dopiero do drugiego mycia. Co to oznacza? Np. : jeśli mam na włosach olej to zmywam go łagodnym szamponem, dopiero przy drugim myciu, tym bardziej dokładnym sięgam po YR. Dlaczego tak robię? Dzięki temu małemu zabiegowi szampon jest bardziej wydajny, nie wylewam go w litrach na dłoń po to tylko by się pienił, bowiem czy drugim podejściu piana pojawia się przy użyciu nawet niewielkiej ilości. Dbamy o wydajność. ;) Tak czy inaczej jak najbardziej polecam ten szampon wszystkim tym, którym SLS jakoś wybitnie nie szkodzi. Trafia on na listę moich ulubionych i zapewne jeszcze nie raz się spotkamy, teraz w kolejce czeka jego brat z serii volume, aż jestem ciekawa czy sprawdzi się równie dobrze.

Dorwiemy go oczywiście w salonach firmowych YR, które znajdują się we wszelkich galeriach handlowych, w moich okolicach np : Galeria Katowicka, Silesia, Bytom [dworcowa].. i na pewno gdzieś jeszcze. ;) Cena oscyluje w granicach 12 zł.

Tak na koniec chciałabym się Wam pochwalić małym łupem zakupowym, a więc uroczym pudełeczkiem upolowanym w Agacie :




Niby taki drobiazg, a cieszy, szczególnie, że czegoś takiego właśnie szukałam. Przy kasie okazało się, że jest 10% rabatu, więc w ogóle radość, bo wydałam na nie szalone 4,95. ;)


                                                       Pozdrawiam Was kochane i życzę słonecznego tygodnia. ;)

niedziela, 2 marca 2014

Odżywka pokrzywowa - Anna. - wcierka idealna?

Witajcie. :)
Dzisiaj słów kilka o odżywce, którą zdołałam wykończyć kilka dni temu, mianowicie o produkcie włosowym firmy Anna. Niestety, nad czym ubolewam nie przewidywałam dzielenia się z Wami swoimi spostrzeżeniami, a więc opakowanie wyrzuciłam dawno temu przelewając ją do innej buteleczki. Będę musiała posiłkować się fotografiami zapożyczonymi ze strony doz, mam nadzieję, że mi to jakoś wybaczycie.

Zdjęcie ze strony doz.pl

Opakowanie :
Zacznę od tego, iż jeśli, którakolwiek z Was skusi się na zakup odżywki to najprawdopodobniej nie dorwie jej w postaci ukazanej powyżej. Opakowanie, które sama posiadałam było w całości białe, pojemność pozostała ta sama - 200 ml, więc spokojnie, tak, to ten produkt. :)
Zapach :
W mojej opinii całkiem neutralny, tytułowa pokrzywa jest nieźle wyczuwalna, ale trudno przeoczyć wyrazistą lekko alkoholową woń. Co kto woli.
Skład :
I tutaj nastąpiła niewielka zmiana. W momencie kiedy decydowałam się na jej zakup byłam przekonana, iż składa się ona wyłącznie z wody destylowanej i wyciągu z pokrzywy, tak też oto było dawnej. Na dzień dzisiejszy w celu [tak myślę] przedłużenia jej przydatności dodano alkohol denat.
Działanie :
I cóż ja mogę powiedzieć.. stosowałam ją regularnie przez okres bodajże 1,5 miesiąca cierpliwie wcierając ją w skórę głowy. Robiłam to po myciu, gdyż obecność odżywki w żaden sposób nie powodowała szybszego przetłuszczania się włosów. Nie podrażniła ona skalpu, nie przyczyniła się do zwiększenia wypadania włosów, ale też w żaden cudowny sposób ich nie wzmocniła. Minimalnie zwiększyła przyrost [z 1,5 cm na 2 cm.]. Zapach nie utrzymuje się na włosach po umyciu, łupież także się nie pojawił, ale nie miałam z nim nigdy większych problemów. Jest po prostu średnia, u mnie nie spowodowała wysypu nowych włosków, nie zrobiła na mnie większego wrażenia. ;)

Miałyście do czynienia z tą firmą? Jakaś nafta, odżywka, serum? Jak wrażenia? Dajcie znać, bo jestem szalenie ciekawa.

Jeśli któraś z Was byłaby zainteresowana próbą testowania odżywki to można ją zakupić na stronie DBAM O ZDROWIE aktualnie w cenie ok. 12 zł.

Obecnie, jak już zauważyłyście na paletę trafił balsam Capitavit, jak się sprawdził dam znać w przyszłości.

                                                           Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego, niedzielnego wieczoru. ;))


niedziela, 23 lutego 2014

Cytrynowo-miodowa Joanna kontra eco Alterra [maska] - Pierwszy wpis włosowy. ;)

 Witajcie. :)

Zużywanie kosmetyków do włosów jest dla mnie wybitnie trudne. Po pierwsze, moją łazienkę zdobi kolekcja przynajmniej kilkunastu produktów tego typu, po drugie uwielbiam różnorodność, a po trzecie kocham zakupy! :) Nawet nie uwierzycie, jak bardzo cieszę się, gdy coś sięga dna, a ja mogę wyciągnąć z przepełnionej szafki zapasów kolejny "cudowny" specyfik. Na dzisiaj przygotowałam krótką recenzję zapewne dobrze Wam już znanych produktów, mianowicie nawilżającej maski Alterry z granatem i aloesem oraz odżywki firmy Joanna w wersji dla włosów suchych i zniszczonych - miód + cytryna.


Maska nawilżająca, granat i Aloes - Alterra. - 150 ml.




Alterra jest firmą z którą wiążę zarówno dobre jak i złe wspomnienia. Hasła typu "eco" nie zawsze do mnie przemawiają, szczególnie kiedy w masce bogatej w naturalne składniki na drugim miejscu w składzie znajduję alkohol. Jest ona skierowana do posiadaczek włosów suchych i zniszczonych, a więc dokładnie takich jakimi były moje włosy w momencie, kiedy decydowałam się na ten zakup. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda naprawdę fajnie, nie ma w niej silikonów ani parabenów, zapach będący kwestią gustu mnie osobiście jakoś specjalnie nie oczarował, nie wyczuwam w niej nic przyjemnego. Konsystencja jest gęsta, kremowa. Na moje włosy sięgające do łopatek wystarczyła niewielka jej ilość. Męczyłam się z nią długie miesiące, tak naprawdę nie pamiętam nawet, kiedy dokładnie ją zakupiłam. Niestety podejrzewam, że w najbliższym czasie nie spotkamy się ponownie. Dlaczego? W czasie stosowania nie zauważyłam żadnego cudownego nawilżenia, wygładzenia czy zregenerowania włosów. Owszem, były troszeczkę gładsze, nieco lepiej się rozczesywały, ale to wszystko. W regularnej cenie znajdziemy ją za około 10 zł, co wydaje mi się sporą przesadą, a więc jeśli ktoś decydowałby się na zakup polecam polować na promocje, które zdarzają się dosyć często, widywałam ją po około 6 zł. Producent sugeruje stosowanie jej raz w miesiącu w roli solidnej maski nawilżającej, w mojej opinii produkt wcale się do tego nie nadaje. Nie ma w nim tony bogatych składników, które mogłyby rzeczywiście porządnie odżywić nasze włosy. Na upartego, można ubogacić ją półproduktami [aloes, żółtko, kilka kropel oliwy z oliwek], wtedy działa znacznie lepiej. Na dzień dzisiejszy oceniam ją na 5/10. ;)

Odżywka Joanna Naturia - miód i cytryna. - 200g.



Joanna to pionier wśród naszych kochanych, rodzimych firm. Tania, łatwo dostępna, oferująca szereg produktów, w skrócie każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Po tę odżywkę sięgnęłam w momencie, gdy poszukiwałam, czegoś, co mogłabym używać po myciu, a co nie wyrządziłoby większej krzywdy moim biednym, farbowanym włosom. Nie oszukujmy się, produkt za 4,50zł, nie oczekiwałam po nim cudów i niestety miałam rację. Po pierwsze jej zapach, niby fajny, bo miodowo-cytrynowy, ale z drugiej strony męczący, taki zupełnie nie w moim guście. Dla porównania jej niebieska siostra z zieloną herbatą pachnie cudownie, naturalnie i świeżo. ;) Działanie także pozostawia wiele do życzenia, bowiem po wysuszeniu pozostawia włosy lekko usztywnione, takie nieprzyjemne w dotyku. Rozczesują się dobrze, ale akurat z tym nie mam większego problemu. Sięgałam po nią z niechęcią, najczęściej nakładając pod olej, bo w tej roli spisywała się chyba najlepiej. Konsystencja wodnista, produkt raczej średnio wydajny. I to chyba tyle, co mogę o niej powiedzieć. Jest tania, więc jeśli ktoś szuka odżywki bez spłukiwania to mimo wszystko polecam spróbować, bo może akurat u Was okaże się hitem. Na jej miejscu już pojawiła się wcześniej wspominana wersja z zieloną herbatą :


O tej mogę na razie powiedzieć jedynie tyle, iż pachnie wspaniale! :) Wersję do włosów zniszczonych oceniam na 4/10 i na pewno już do niej nie wrócę.
Gdybym miała zdecydować się na ponowny zakup to sięgnęłabym jednak po Alterrę, można ją ubogacić, a poza tym wydaje mi się bardziej wydajna.

Ps:

Obawiam się, iż po tym wpisie uznacie mnie za osobę, której wiecznie coś nie pasuje, ale zapewniam, że wcale tak nie jest. ;) Na dzień dzisiejszy po prostu staram się znaleźć produkty zawsze "dobre" dla moich farbowanych niskoporowatych włosów, a wszystko, co wydaje mi się być "przeciętnym" odstawiam, by zmniejszyć liczbę używanych produktów. Tak czy inaczej czekam na wasze opinie, a także sugestie odnośnie tego, co robię/piszę źle, rady będą nieocenione!     Miłego dnia, kochani!